Z mazurskiego brulionu ”Zachować po wsze czasy” Gazeta Olsztyńska" 22-24.01.1999 Wspomnienia Erwina Kruka

     

    Jako małe dziecko w styczniu 1945 byłem mieszkańcem powiatu nidzickiego.

    Ten powiat, w porównaniu z innymi, dotknął wtedy szczególny los. Mimo zbliżającego się frontu, tu do ostatniej chwili władze nie wydały zezwolenia na ewakuację ludności cywilnej. Gdy więc nacierający od strony Działdowa II Front Białoruski przekroczył przedwojenną granicę, jeszcze 19 stycznia przed południem na pytania telefoniczne o ewakuację, starosta Crewell otrzymał od gauleitera Prus Wschodnich odpowiedź: ,,Kto wypowie słowo »ewakuacja«, będzie oskarżony o zdradę stanu". Słychać było jednak już odgłosy walk. Z południowych krańców powiatu przybywali uciekinierzy. Toteż jeszcze tego samego dnia, na wieść o Armii Czerwonej zbliżającej się do Nidzicy, rozpoczęła się żywiołowa, paniczna ucieczka. Nie było planów i decyzji ani też czasu. Zapanował chaos. Ludzie uciekali przez śniegi, w mrozie dochodzącym do 27 stopni. Po kilkunastu kilometrach zostali zaskoczeni i otoczeni przez napierającą Armię Czerwoną. Tam, gdzie dochodziło do spotkania, ludność cywilna traciła sanie, wozy, konie. Niektórych zatrzymywano. Inni natomiast, często całe rodziny, w drogę powrotną okrężną, szli odtąd pieszo, z  tobołkami albo ciągnąc sanki. Zdarzało się że wyłapywano ich po drodze. Najczęściej jednak, na ile to możliwe, starali się wrócić do swoich miejscowości. Tysiące ludzi znalazło się na drogach. Jak w żadnym innym powiecie, z Nidzickiego aż 90 procent ludności nie udało się w porę ewakuować. To oczywiście wiedza późniejsza. Z rozmów z ludźmi, którzy ten czas przeżyli, z różnorakich lektur. Wśród nich była i książka Lwa Kopelewa ,,Chranit' wieczno". Z racji swego wieku - miałem wówczas trzy lata i niespełna osiem miesięcy - oprócz dziecięcych koszmarów, tak okropnych, że aż spychanych w niepamięć, niewiele więcej mogę powiedzieć o naturze tamtych wydarzeń. Nawet to, że po powrocie z ucieczki wszystkich mie­szkańców mojej wsi popędzono do sąsiedniej wioski, gdzie trzymano nas w stajniach i oborach, skąd niektórych brano do obozów pracy łagrów, a innych wypuszczano, nie zmieściło się w mojej pamięci i przeżyciach. To tylko fakt, który dotarł do mnie po dziesięcioleciach. Te stajnie i obory - to tylko ostatnie miejsce kiedy przebywaliśmy razem: rodzice i dzieci. Po paru miesiącach, gdy na dodatek epidemia tyfusu zaczęła zbierać żniwo miało się okazać że z mojej rodziny, żyjącej w rodzinnej wsi nie ma  już nikogo z dorosłych Przeżycia mieszkańców Mazur i Warmii, którzy także przed wojną mieszkali w tych samych stronach, okryte zostały po wojnie milczeniem i niepamięcią. Jakby nie istniała tamta rzeczywistość. Zrozumiałe że wNiemczech literatura dokumentująca "ucieczkę i wypędzenie" jest obfita. Przedstawia przeżycia w skróconej perspektywie, zazwyczaj od ucieczki. Jeżeli się ją podejrzewa o tendencyjność, to dlatego, iż przyjęło się uważać, że należy całkowicie do obcych dziejów. W te dzieje jednak wplątani byli także Warmiacy i Mazurzy. Ci, którym wydawało się, że mogą zostać na ojcowiźnie - na jaką skazani byli radość? Czas zatarł dantejskie sceny. Nie ma w opracowaniach historycznych ani w piśmiennictwie dostępnym polskiemu czytelnikowi świadectw, które by ukazywały niejako od wewnątrz dramaturgię wydarzeń 1945 roku w naszym regionie. Przez pół wieku w języku polskim nie ukazała się u nas żadna książka na ten temat. Dopiero pod koniec 1994 roku nakładem Warmińskiego Wydawnictwa Diecezjalnego wydano wspomnienia ks. Gerharda Fittkauna "Mój trzydziesty trzeci rok życia", od jesieni 1944 roku proboszcza małej warmińskiej parafii opodal Lidzbarka Warmińskiego. Ten zapis zżycia mieszkańców w okresie narastającego strachu przed zbliżającym się frontem poszerzył o nie­samowite przeżycia po wkroczeniu Armii Czerwonej - na miejscu i na zesłaniu. ,,Oczywiście - napisał ks. Fittkau we wstępie - nie przeżyliśmy wraz z naszymi parafianami niczego innego, niż to, co było udziałem wielu ludzi, którzy -,,zawładnięci przez złe moce" - gnani byli doliną śmierci". O książce Lwa Kopelewa ,,Chrannit' wieczno” można powiedzieć to samo. Ale z natury rzeczy, skoro był on oficerem rosyjskim zwycięskiej armii, z innego punktu widzenia obserwował i przeżywał bieg wydarzeń. Poza tym, zamiast psalmicznego tonu, na czoło wysuwa się u Kopelewa analiza własnych i cudzych zachowań na froncie oraz ideologicznych mechanizmów, które ludzkie odruchy współczucia wobec bezbronnych kazały traktować jako zbrodnie. Ten autor licznych książek, zmarły niedawno w Niemczech rosyjski pisarz i humanista był w 1945 roku majorem Armii Czerwonej oddelegowanym wraz z grupą przy II Fron­cie Białoruskim m.in. do tworzenia spośród jeńców tzw. szkół antyfaszystowskich: Antifa­Schule. W ślad za frontem znalazł się więc także w Nidzicy, a potem w Olsztynie. Po walkach w Grudziądzu trafił do szpitala polowego w okolicach Gdańska. A tam, w pierwszych dniach kwietnia 1945 roku, oskarżono go o zdradę stanu i aresztowano za,współczucie dla wroga". Za to, że nie mógł aprobować poczynań swych współtowarzyszy w Prusach Wschodnich wobec ludności cywilnej, Lew Kopelew 10 lat przebywał w łagrach. Rehabilitowany w 1956 roku, jako germanista z wykształcenia wykładał w Moskwie literaturę niemiecką i prowadził zajęcia z teatrologii. Dwadzieścia lat później napisał książkę,,Chranit' wieczno", o swych przeżyciach wojennych i więziennych, która w 1976 roku mogła ukazać się jedynie na Zachodzie. Odtąd w kraju wiódł żywot dysydenta. W 1981 roku, gdy z Niemiec otrzymał zaproszenie na cykl wykładów, władze sowieckie wydały mu paszport na wyjazd, a kiedy już się znalazł za granicą - pozbawiły obywatelstwa rosyjskiego. Tytuł tej książki  - po polsku: ,,Zachować po wsze czasy" - ma ścisły związek z paragrafem. na podstawie którego skazano Lwa Kopelewa. Na aktach spraw z paragrafu 58. sądy sowieckie stawiały pieczęć: ,,Chranit' wieczno". Pierwszym miastem w naszym regionie, które Kopelew  widział w styczniu 1945 roku, była Nidzica. Nic dziwnego, że z jego książki szczególnie zainteresował mnie rozdział " W Prusach Wschodnich", opisujący m.in. sytuację w płonącej Nidzicy. Na początku lat dziewięćdziesiątych gdy zająłem się tłumaczeniem  tego fragmentu tekstu, nawiązałem kontakt z biurem Lwa Kopelewa w Kolonii. Stamtąd uzyskałem informacje, że jedno z polskich wydawnictw ma już w planie opublikowanie całej książki. Jak dotychczas, tak się nie stało. Jako że zacząłem swoje pisanie od zarysowania sytuacji w styczniu 1945 roku w powicie nidzickim, z książki Lwa Kopelewa przytoczę, z konieczności bardzo skrócony, reporterski fragment, w którym autor - wówczas oficer Armii Czerwonej - opisał swoje wrażenia, a także zachowania swoich przełożonych i współtowarzyszy: Pod wieczór dotarliśmy do Nidzicy. Pożary rozjaśniały miasto. Drogi stały w płomieniach. Nasi strzelali w ten ogień. Mimo to wiele domów ogień oszczędził.(...) W Nidzicy Bielajew był coraz bardziej energiczny i zajęty. Nęciły go zamożne z wyglądu domy. Jego oczy, zazwyczaj patrzące ponuro i oleiście zawieszone, obecnie zaczęły ostro błyszczeć. Nabrał naraz entuzjazmu,  wręcz odwagi: z palącego się domu wyskoczył w ostatniej chwili przed odpadającym balkonem, kiedy już wywlókł stamtąd zrolowany gobelin ze scenami pasterskimi a La Watteau. W innym upatrzył sobie ścienny zegar - rzecz podróżną! - wysoki na półtora człowieka, niczym dzwonnica. W trzecim oczarował go forte­pian, a we wszystkich - paki z pościelą i odzieżą.Z początku nie próbowałem nawet go powstrzymywać. Domy były puste, wiele aż do gruntu zniszczonych. Brodziliśmy wśród potłuczonego szkła i połamanych sprzętów, przez góry rupieci Ciągnęło mnie magicznie do półek z książkami i biurek. W domu sędzie­go powiatowego odkryłem wspaniałą bibliotekę. Półki aż do sufitu. W jednej filozofia, w innych historia, gdzie indziej tomy prawnicze. Jedna półka zawierała dzieła o Napoleonie, inne setki książek rosyjskich autorów w niemieckim przekładzie - od Łomonosowa do Szołochowa; dalej półka z literaturą emigra­cyjną: Tomasz i Henryk Mannowie, Lion Feuchtwanger, Leonhard Frank, itd. (..).To wszystko powinno być zabezpieczone i odtran­sportowane. Doszło do kłótni z Bielajewem: rozkazał naszym pasażerom przydźwigać for­tepian i całe te graty , ja oczywiście sam nie mogłem sobie poradzić z książkami. Mówiłem, a ściślej: zawstydzałem go, i w końcu przynajmniej część książek została załadowana do naszej ciężarówki.Ważne jednak, iż wszystko, cc powinno być naszą misją, w rozkazie wymarszu sformuło­wane było tak: ,, Przeprowadzenie politycznego rozeznania, studia nad polityczno-moralną sytuacją ludności wroga i aktywnością faszystowskiego podziemia." Mieliśmy więc rozmawiać z ludźmi, z ludnością nieprzyjaciela. Pierwszy dzień naszego pobytu w Prusach Wschodnich zbliżał się do końca, a ja widziałem tylko parę trupów.Wtem w grupie żołnierzy zwróciła moją uwagę stara kobieta. Miała na sobie długi znoszony płaszcz pluszowy z wyliniałym futrzanym kołnierzem nieokreślonego rodzaju, a jej kapelusz przewiązany był szalem. Wyskoczyłem z kabiny kierowcy, pobiegłem w tamtą stronę, Żołnierze  ochoczo przylgnęli do niej mówiąc:" Soldaten, soldaten, gut gut."Przemówiłem do kobiety. Patrzyła z przestrachem skonfudowana, nieufna, odpowiadała urywanie, zacinając się: ,,Szukam córki -mojej córki z dziećmi. Mam przecież kartę żywnościową. One głodują..." Potem, gdy nieco się uspokoiła, powiedziała, że jest wdową, a jej córka również. Mąż córki zginął w Afryce, obie są bardzo biedne.-Gdzie pani mieszka? Gdzie jest pani córka? Proszę powiedzieć będę pani towarzyszyć. Ruszyła niezdecydowanie, pełna strachu. Coś tam mamrocząc: "My biedni ludzie, u nas nic pan nie znajdzie. Córka jest chora..."Uspokajałem ją:- Nikt nie uczyni wam nic złego. Chcę tylko bezpiecznie odprowadzić do domu. Nie może pani zostać na ulicy. Stara, kulejąc od pośpiechu, zaplątuje się w swój długi płaszcz pluszowy, mocno przyciskając do siebie torebkę. Idę obok niej. Ciężarówka podąża za nami. Z kabiny kierowcy wychyla się Bielajew, pokrzykując:Co to ma być? Dokąd się z nią sam wypuszczasz? Pewnie to wariatka! Bądź co bądź to pierwsza żywa mieszkanka Prus Wschodnich! Stara kobieta mówi, z wolna nawiązując kontakt. Nikt nie spodziewał się, że Rosjanie wkroczą tak szybko: panowie z władz powiatowych ciągle uspokajali, aż potem schowali głowy i raz dwa dali nura. Ale prości ludzie – czego mają się lękać? Przeszliśmy ulicę wzdłuż, potem następną. Tu już było mniej płonących budynków, ale ciemność większa(...)I znowu jedziemy uklicami, przez mgliste, drgające oświetlenie z łuny pożarów. Mnóstwo ogni. Ciemnopurpurowe, wściekłe, gorączkowe światła. Od wychodzących z naprzeciwka żołnierzy dowiadujemy się, gdzie jest kwatera komendatury miasta i gdzie można znaleźć ludność niemiecką. W komendaturze opisano nam ulicę i dom, w którym jest jeszcze „kilka niemieckich kobiet”. Był to dom jednopiętrowy, otoczony ceglanym murem, nad brzegem jeziora czy stawu. Dojście prowadziło przez ogrodzone podwórze.(...) Noc spędziliśmy  w dwupiętrowym domu z dużym garażem i przestronnym podwórzem przy głównej ulicy, którą tam i nazad toczyły się kolumny wozów. W podwórzu stało już kilka wojskowych pojazdów. Było przyjemnie, znaleźliśmy się wśród swoich. W końcu byliśmy w nieprzyjacielskim kraju, we wrogim mieście. Dom zajęli saperzy i komenda łupów.        

       ... Według statystyk, do których dotarłem w ostatnich latach, po przejściu Armii Czerwonej i trwającej przez pierwsze miesiśce okupacji sowieckiej, spośród ludności powiatu nidzickiego śmierć poniosło 2506 osób. Między innymi 600 osób zastrzelono, 223 osoby zmarły w konwojach, a 88 w obozach pracy; 13 osób popełniło samobójstwo; okoliczności śmierci 765 osób nie są znane.

    Powrót